28 / 02 / 19

Jezioro Kournas – Jeden z cudów Krety

Udostępnij

Dlaczego akurat jezioro Kournas?

Kiedy usłyszeliśmy, że w pobliżu znajduje się jezioro Kournas, które jest jedynym słodkowodnym jeziorem na wyspie, będącym zarazem jednym z bardziej charakterystycznych elementów Krety, od razu postanowiliśmy je zobaczyć.

Jeszcze tego samego dnia, po emocjach związanych z opuszczonym ośrodkiem, tuż po obiedzie wyruszyliśmy w drogę. Przedstawicielka biura podróży, zachwalała piękno jeziora, twierdząc jednocześnie, że droga dzieląca nas od tego miejsca to około 20-30 min piechotą. Niewątpliwie podany przez nią czas jest jak najbardziej poprawny, o ile nie idziesz na około.

Nam, udało się pobić rekord, jeżeli chodzi o czas dotarcia nad jezioro. Nie był to rekord w szybkości, raczej odwrotnie. Na miejsce dotarliśmy po półtorej godziny. Niemniej cała ta droga była warta tego, dzięki niej mieliśmy okazję „od środka” zobaczyć piękno Krety, oraz jej naturalnych plenerów.

Zielona linia – droga jaką powinniśmy pokonać do jeziora Kournas

Czerwona linia – droga jaką pokonaliśmy do jeziora Kournas

Kiedy skrzyżowanie jest w stanie wszystko zmienić

Nasza Pani rezydent poinstruowała nas w prosty sposób, jak dotrzeć do jeziora. Instrukcja była niezwykle prosta i brzmiała mniej więcej: „Przechodzicie przez ulice, idziecie prosto, skręcacie w lewo, znowu w lewo, a potem w prawo”. Początkowa faza drogi wiodła przez zwykłe osiedlowe uliczki, mijaliśmy prywatne posiadłości greckich tubylców, ich podwórka oraz „artystyczne” instalacje wodociągowe.

Wśród mijanych ciekawostek, była między innymi pęknięta rura, z której woda leciała kaskadowo, jak z fontanny. Najwyraźniej grecka natura nie pozwoliła właścicielowi wodnej instalacji na naprawienie usterki.

Podczas gdy sam początek drogi pokonaliśmy bez wątpliwości, w pewnym momencie dotarliśmy do rozwidlenia, gdzie możliwy był skręt w lewo, albo w prawo. Przez całą drogę starałam się liczyć zakręty, i byłam przekonana, że właśnie teraz powinniśmy skręcić w prawo. Czarek nauczony nieufności co do mojej orientacji w terenie (wcale się mu nie dziwię), stwierdził że skoro ja mówię w prawo, to trzeba iść w lewo. Uprzedzam pytania o korzystanie z map Google, niestety tam ciągle ginął zasięg.

Psi kompan

Mijając któreś z greckich gospodarstw, zyskaliśmy niespodziewanie zwolennika w tej wyprawie. Był to uroczy psi kompan, którego niejednokrotnie bezskutecznie próbowaliśmy zgubić. Mimo, że towarzystwo psiego dziwaka było miłe, to jednak z racji tego, że wędrowaliśmy ulicą, którą co jakiś czas przejeżdżały samochody, obawialiśmy się o jego bezpieczeństwo.

Za każdym razem, kiedy próbowaliśmy zgubić skubańca i byliśmy niemal pewni, że nam się to udało, on jakimś cudem za każdym razem znów magicznie się pojawiał. Ostatecznie oswoiliśmy się z tym, że chcąc czy nie chcąc mamy towarzystwo. Pocieszający był jedynie fakt, że był to miejscowy. Więc gdyby nagle zaczął uciekać, to oznaczałoby, że musimy dotrzymać mu kroku. Miejscowych zawsze warto słuchać.

W połowie drogi minęliśmy małą klimatyczną świątynie lub kapliczkę. Niestety mogliśmy ją podziwiać jedynie z zewnątrz.

Z dala od cywilizacji

W pewnej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że opuściliśmy osiedlowe uliczki, i znaleźliśmy się z dala od cywilizacji. Na około były dzikie pola, gaje oliwne i drzewa. To był ten moment, kiedy zrozumieliśmy, że nasza droga nie biegnie do końca tak jak powinna (szliśmy już około 40 minut). Od czasu do czasu próbowaliśmy posiłkować się Google Maps, które z racji ciągłego gubienia sygnału, i gęstej sieci dróg w tym rejonie, było mało użytecznie. Mimo wszystko dawało nam to chociaż częściową orientację.

Dotarliśmy do kolejnego rozwidlenia dróg, jedno z nich biegło dalej przez dzikie pola, drugie natomiast przez gaje oliwne. Prawdopodobnie monotonia spowodowana ciągłym widokiem pól, zadecydowała że wybraliśmy drogę przez gaje (Google Maps pokazywało niejednoznacznie). Po pokonaniu krótkiego odcinka dotarliśmy do zagrody z owcami.

W tym momencie nasz towarzysz doznał kryzysu, i już tak chętnie za nami nie szedł. Prawdopodobnie głośnie beczenie owiec było powodem jego fobii. My natomiast, przekonani o słuszności wyboru, zmierzaliśmy dalej tą drogą. Ostatecznie okazało się, że doszliśmy do czyjegoś prywatnego podwórka, gdzie z budy wyskoczył na nas wielki bernardyn. Na szczęście był on przywiązany, ciężko mogłoby być w przypadku bliższego spotkania z takim cielskiem.

Gospodarstwo stanowiło koniec drogi, była to ślepa uliczka. W związku z tym postanowiliśmy wycofać się do naszego psiego przyjaciela, który usiadł na granicy gospodarstwa i wypatrywał nas z daleka. Wcześniej myśleliśmy, że jego niechęć do dalszej drogi była spowodowana owcami, teraz zdaliśmy sobie sprawę że chodziło raczej o to gospodarstwo, które przypominało trochę miejsce z horroru. Dodatkowo nie widzieliśmy tam żadnego człowieka.

Nasz psi przyjaciel wyraźnie się ucieszył na nasz powrót. Stanęliśmy na chwilę przy zagrodzie owiec, aby popodziwiać stadko. Nagle Czarek trącił mnie za ramię i mówi do mnie „spieprzamy stąd, tam wisi jakaś małpa na drzewie!”. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili myślałam, że przez gorączkę ma już halucynację, jednak spojrzałam we wskazanym przez niego kierunku i faktycznie dostrzegłam zasuszony kształt. Z daleka przypominało to powieszonego na drzewie zmumifikowanego kota. Idealnie pasowało to do klimatu domu z horroru.

Na szczęście przy bliższej obserwacji, okazało się że jest to tylko wiszący kawałek drzewa, który przypomina kształtem zwierzę. Mimo, że był to tylko chory żart, nie trzeba nam było więcej, aby opuścić ten teren. Wróciliśmy do rozwidlenia i tym razem wybraliśmy jednak monotonną drogę przez pola.

Już niedługo, już za chwilę..

Po jakimś czasie mozolnej polnej wędrówki, dało się dostrzec z daleka zabudowania, co dało nam energię i nadzieję, że może jednak w końcu dojdziemy do celu. Jakoś mimo wszystko lżej jest na duszy, kiedy ma się niepodważalny dowód istniejącej niedaleko cywilizacji.

Zaczęliśmy iść pod stromą górkę asfaltowej drogi, wtedy nasz psi znajomy zaprotestował dalszej wędrówki. Usiadł i śledził nas wzrokiem jak odchodzimy. Muszę przyznać, że przywykliśmy do tego wesołego gościa, wręcz smutno nam było się rozstawać. Widocznie nasz towarzysz miał jakieś psie sprawy do załatwienia. Pewnie żona z zupą czekała, i dzieci trzeba było umyć. Droga którą teraz zmierzaliśmy wyglądała na częściej uczęszczaną. Dodatkowo znów pojawiły się przejeżdżające samochody, co również podniosło nas na duchu.

W pewnym momencie znaleźliśmy się na jakiejś drodze osiedlowej, która zewsząd otoczona była domkami. Jednak apogeum radości nastąpiło dopiero w momencie kiedy zobaczyliśmy drogowskaz z napisem „Kournas Lake”.

Jezioro Kournas

Okazało się, że osiedlowa droga jest już ostatnią prostą do jeziora Kournas. Jak tylko zobaczyliśmy stoisko z pamiątkami, wiedzieliśmy że dotarliśmy do celu. Tego rodzaju stoiska znajdują się zazwyczaj w miejscach strategicznych, często uczęszczanych przez turystów. Ciężko było mi sobie wyobrazić, aby było w tym rejonie bardziej uczęszczane przez turystów miejsce niż jezioro Kournas.

Muszę przyznać, że jezioro jest przepiękne! Oglądając zdjęcia przed wycieczką, nie wiedziałam czego się spodziewać, ponieważ obrazki w internecie są często przekolorowane. W tym przypadku jednak zdjęcia nie oddawały nawet częściowego jego piękna.

Na miejscu można na godzinę wynająć rowerek wodny za cenę 10 €. Daje to możliwość obserwacji żółwi wodnych w ich naturalnym środowisku. My niestety musieliśmy zrezygnować z rowerka wodnego, ponieważ Czarka męczyła w dalszym ciągu grypa i obawialiśmy, że jego stan się pogorszy.

Również w tym przypadku zyskaliśmy zwierzęcego przyjaciela, tym razem w postaci kotka, który był tak pocieszny, że chętnie zabrałabym go do Polski ( i pewnie bym to zrobiła gdyby mnie Cezary nie powstrzymał).

Ponieważ Czarkowi pogarszał się stan zdrowia, i z minuty na minutę było coraz gorzej, postanowiliśmy wracać do hotelu. Tym razem wybraliśmy inną drogę. Jak się okazało, była to droga którą powinniśmy iść od początku. Dojście z powrotem do hotelu zajęło nam około 30 minut. Niestety cała ta wyprawa bardzo odbiła się na Czarku, którego grypa miała przesilenie, i w związku z tym spędziliśmy następną dobę w hotelu. Jednak teraz patrząc z perspektywy czasu, dla tych widoków, przygody i ilości ruchu, warto było utrudnić sobie życie i wybrać dłuższą drogę.

Filmik podsumowujący nasz urlop na Krecie:  bit.ly/2S121Qe

 

Udostępnij

Skomentuj wpis

2 thoughts on “Jezioro Kournas – Jeden z cudów Krety

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *